Kołysane szarości
wśród odcieni tęczy

bez apelacji wnoszę skargę o policzenie rys na krze

Naprężam cięciwę
by wystrzelić promień
nadziei i żalu

apodyktyczni wierzyciele spadku
po zgubionym cieniu Szału uniesień

Mierzę sylaby dźwięczne
długością głoski gwizdanej
na palcach wszystkich rąk
silbo

lapidarnością głoski gwizdanej
i bez pestki głoski niemej
obracając w ustach kamień

ćwicząc twórcze milczenie

W akcie demonstracji
romantycznej miłości
ukoi mój weltschmerz
sytością nocy
i domniemaniem niewinności za dnia
bo jestem spełniony
pauzą i kropką

bo przyszło mi kochać po bożemu
i rozdawać pierwiastki
ziemi i ciszy niczyjej

To w salwie innych grzechów
doustnie podanych
w chorobie wieku
dojrzewam gębą
I nie pytaj mnie czy to Gombrowicz
wykradł ogień
z mojej beczki, w której mieści się
cała muzyka kosmosu

Przelewa się, pęcznieje
zaś ty ciągle mówisz A
i nie sprawiasz, że ciąg dalszy
nastąpi…

Przydrepta.

Grzech ciężki uwiera moją duszę,
ale jeszcze ją mam
więc mam szczęście
Pamięta czeremchę i woń tarniny

W szufladkach ogłupienia
pilnie do torby nauczycielskiej
lub koszyków westchnień
ze skóry przywiezionej ze Wschodu
zbieram zachwyty

Upodobałem sobie rym
i czyste dłonie

Rozebrałem się
gdyż tylko nago
w godzinach niepojętych
jutrznia rezyduje

śmiechem

w kuluarach westchnień
udaremnionej
pracy Syzyfa
na wszystkich
siedmiu kontynentach

Lubieżności wyjęte ze strefy komfortu
bajek Stu i aż jednej nocy
Snu o potędze
płyną z nurtem rwącej rzeki żalu
i pistacjowy chłopiec
swym kijem wędrowca
zawraca bieg

niczym Struną światła
uderza o pudło rezonansowe
Wszechświata

Czasami snując domysły
Czasami dusząc przekonanie
Cierpiący mękę

dzierżę sens rzeczy dorywczych i efemeryczny
wyszła za mnie mgła

Datowana
masą chwil szczęśliwych
w dzienniku ustaw
spisując tomy
metodą węgla

różnicy
W próbie charakteru najwyższej
kruszec Prawdy
w jękach miłości rud

My, jak hipokryci

Spisujemy tomy
mając tylko
cienki rysik